niedziela, 24 sierpnia 2014

3° - Dobry znak

Z czasem zauważam, jak bardzo lubię liczyć mijające godziny. To mnie trochę uspokaja.

Przeciągam się leniwie, patrzę na zegarek i zamieram.
Zaraz 12:30. Nie żeby coś, ale nigdy nie zdarza mi się spać tak długo. Człapię w stronę łazienki i biorę szybki prysznic. Myślę o słowach Isabelle 'A co jeśli Michael nagle umrze? Nie myślałaś wcześniej o tym?'
- Koniec z ponownym czytaniem 'Gwiazd Naszych Wina', Finch - karcę samą siebie w myślach i ubieram się w pierwszy lepszy zestaw.
Chwytam pomiętą kołdrę i układam ją starannie na łóżku, po czym siadam na nim.
Za dwie godziny obiad, więc nie ma potrzeby jedzenia śniadania.
Posiłki odbywają się w stołówce, więc kto ma możliwość i chęć, to na nie chodzi. Jednakże pani J. chyba mnie lubi i czasem przynosi mi je prosto do łóżka, co uważam za alternatywę wygodniejszą.

Kiedy dochodzi 14:00 moje drzwi się otwierają. Oczywiście spodziewam się Michael'a, lecz kiedy próg przekracza Calum mój uśmiech znika, a brew dziwnie wygina.
- Hej... - mówię lekko zmieszana, a Cal tylko macha przyjacielsko.
Nic, tylko stoi. Stoi z tym swoim uśmieszkiem i ani drgnie.
- Usiądziesz? - pytam - Czy coś?
Wtem do pokoju wkracza Ashton, czego nie rozumiem jeszcze bardziej.
Stawia się obok Caluma i przybiera tą samą, denerwującą pozę.
- Czy to jest jakiś całkiem nieśmieszny żart? - wstaję i biorę się pod boki, by wyglądać groźniej, co jest niemożliwe przez wzrost chłopaków - byli co najmniej o głowę wyżsi ode mnie.Nawet nie obchodzi mnie, kiedy wchodzi Luke.
Mam ochotę się rozpłakać. Co im przyszło do głowy, gdy ja chciałam tylko porozmawiać?
- Gdzie jest Mike, moi drodzy idioci?
Oczywiście cała trójka mnie ignoruje. Postanawiam nie zaprzątać sobie głowy niepotrzebnymi rzeczami i po prostu podchodzę do mojej małej biblioteczki i wyciągam pierwszą lepszą książkę, pada na '19 Razy Katherine'. Naprawdę nie jej nie lubię, ale za to ubóstwiam Johna Greena, co uważam za niewielki paradoks.
Siadam i udaję, że wyszukuję odpowiednią stronę, a potem czytam przypadkowe wyrazy. Zdawkowo przewracam kartki, żeby cała ta scenka wyglądała bardziej realistycznie.
Wtem do pokoju wpada Michael.
- Cześć, Finch - uśmiecha się niewinnie, a potem odwraca głowę w stronę Caluma, Ashtona i Luke'a - Chłopaki! Szukałem was po całym szpitalu! Nawet w części psychiatrycznej... - ostatnie zdanie wypowiada półgłosem.
- Spodziewałabym się ich tam... - odchrząkuję znacząco i odkładam książkę na półkę.
- Finch... Co oni właściwie robią? - pyta Mike siadając na łóżku.
'Myślałam, że to ty wiesz, idioto' - mówię w myślach, ale powstrzymuję się i odpowiadam tylko cichym 'Sama nie wiem'.
- No chłopaki, ruszyć się, za chwilę obiad! - krzyczy Michael.
Jednak oni nie pisną słowem.
- To oni mogą jeść z nami? - pytam dotykając ramienia fioletowo-włosego.
- Tego nie powiedziałem - uśmiecha się z wyższością. - Ale zapytam pielęgniarki, nie wiem, może pozwolą - dodaje.

•••

Mimo moich przekonań, przyjaciele Mike'a mogą iść z nami na stołówkę.
Na obiad dzisiaj jakieś zdechłe mięso, którego nie mam ochoty jeść plus pseudo-sałatka i zeschły ryż.
No cóż, dzień jak co dzień.
- No, to jak wam się układa? - pyta po dłuższej chwili ciszy Calum.
Wymieniam zmieszane spojrzenia z Michael'em, a następnie oboje wybuchamy śmiechem.
Calum zdezorientowany wlepia wzrok w Ashtona, ten zaś w Luke'a, a Hemmings patrzy w sufit niczym się przejmując.
- Ja i Mike? No chyba śmieszny jesteś - mówię w stronę mulata.
- Auć, poczułem się odrzucony - szepcze mi do ucha Clifford, a ja tylko uśmiecham się przepraszająco, ale dodaję:
- Muszę ci jednak powiedzieć, że niezła byłaby z nas parka.
Lucas, dotychczas niezainteresowany naszą konwersacją, rzuca porozumiewawcze spojrzenie Hood'owi i uśmiecha się tajemniczo, jednakże zignorować te dziwne zachowania chłopaków.
- Em... No, to jaką muzykę właściwie gracie? - zmieniam zręcznie temat, zespół to dla nich na pewno powód do dumy, więc powinni się pochwalić.
- Gramy coś w połączeniu popu z rockiem - słyszę od Ashtona - Zresztą sama się niedługo przekonasz - wzrusza ramionami.
- Irwin, miałeś nie gadać! - karci blondyna Mike - Finch, w niedzielę gramy w kawiarni niedaleko - wyjaśnia mi.
- Jak to? To za cztery dni, a ty...
- Nikt nam nie zabronił wychodzić ze szpitala raz na jakiś czas, prawda? - Michael obdarza mnie szarmanckim uśmiechem i puszcza mi oczko, co uznaję za dobry znak.

_____
Hej! A więc tu jest trójka. Nie wiem czemu, ale ten rozdział pisało mi się nieco szybciej niż poprzednie, ten jest też dłuższy :) 
DAAJCIE MI TAKIEGO MIKE'A, PROOOSZĘ! ♥
x

3 komentarze:

  1. Ojej, nigdy nie czytalam opowiadania takiego jak to... Strasznie oryginalny pomysl!
    Wiem, ze zostawilam ci juz namiar na asku, ale zrobilam to przed wejsciem w link.
    Chcialam powiedziec, ze chyba nie ma sie do czego przyczepic, nie uzywasz powtorzen, nie widze bledow (chociaz polonista ze mnie zaden).
    Anyway, jesli masz czas ochote to zapraszam tutaj: hitfanfiction.blogspot.com
    A jesli nie to bede cie napastowac komentarzami, bo z pewnoscia tu jeszcze zajrze! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej! Twoje ff też jest wspaniałe, jestem na bieżąco!:D
      Dziękuję za miłe słowa, cieszę się, że 8808 Ci się podoba:)
      xox

      Usuń
  2. Julia, żartujesz sobie? :O Dziękuuuuuuję! ♥♥♥
    xox

    OdpowiedzUsuń